poniedziałek, 1 lipca 2013

Mydełko laurowe Aleppo - mój test

Kolejny mój post  dotyczy mydełka laurowego Aleppo 50%
którego testowanie rozpoczęłam 11 IV 2013:

Jak zwykle krótkie podsumowanie przedstawiam Wam w formie tabelki:


Analizując poszczególne pozycje, to mydełko ma naturalny skład - bez żadnych SLS, parafiny, czy parabenów - co przede wszystkim skusiło mnie do jego zakupu.

Niestety do gustu nie przypadł mi zapach, który kojarzy mi się tylko i wyłącznie z zapachem krowy :( A najgorsze było to, że czułam ten zapach nawet po kilku godzinach od umycia buźki, szczególnie po jakimś większym wysiłku fizycznym.
Ale, że chęć wyleczenia buziaczka jest priorytetem i o niczym innym nie marzę, to dzielnie znosiłam woń tego mydełka i używałam go 2 razy dziennie przez 4 tygodnie. Czasami myłam nim również ramiona i plecki, na których też potrafią pojawić się przykre niespodzianki :(

Jeżeli chodzi o aplikację, to mydło jest nieporęczne i najlepiej pokroić go na kawałki. Tym bardziej, że pod wpływem wody szybko się robi z niego kleista maź i wtedy zdecydowanie szybciej się zużywa, zatem małe kawałki są jak najbardziej wskazane - by po prostu nie zniszczyć całej kostki. I postępując w ten sposób zużywamy co najwyżej 1/3 kostki na miesiąc :)

I na koniec najważniejsza rzecz, czyli działanie: otóż ogólnie nie jest najgorzej - buziaczek: czoło i policzki się wyciszyły i mam jakby mniej "nieproszonych gości", a przede wszystkim nie zanotowałam wysuszenia skóry. Tak samo na ramionach czy plecach.
Mydełko niestety zupełnie nie radzi sobie z kościami żuchwy i podbródkiem, gdzie cały czas siedzi mnóstwo zaskórników i ropnych zmian - mam wrażenie, jakby to co było na twarzy, z niej spłynęło i zatrzymało się na samym jej dole :(


Zatem po miesiącu stosowania wymieniłam to mydełko na inny model, po którym widzę już dużą poprawę KLIK :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz